niedziela, 18 lipca 2010

Żagle


Tym razem postanowiłam zamieścić zdjęcia nieobrobione, takie jaki je stworzył aparat fotograficzny marki Lumix, część z nich pstrykałam ja.

Ten przystojniak w pomarańczowej koszulce powyżej to Kapitan rejsu, a na co dzień mój bohater życiowy.

Urlop, a raczej część wakacji spędziłam na mazurskich jeziorach, noce w portach bujając się podczas zasypiania. Już pierwszego dnia o mało nie wylądowałam na Ostrym Dyżurze, zakończyła się tylko antybiotykiem od lekarza o dość orientalnym nazwisku: Tawfik Al-Zaghli, przynajmniej tak to odczytuję. Trochę byłam zaskoczona, Pan Tawfik zresztą również, ja na widok hindusa w Giżycku, on na to, że nie posiadałam numeru ubezpieczenia przy sobie.



Z racji tego, że na pokladzie naszej łódeczki, tj. jachtu Tango 780, nie bardzo przydawałam się do aktywnego żeglowania, przez jeden dzień podziwiałam sobie o taki widoczek, ma się rozumieć ten maszt przewracał się z boku na bok przez większość czasu, przynajmniej tego czasu, którego nie przespałam zbita gorączką.



Kiedy już wypłynęliśmy na Śniardwy, które przepłynęliśmy prawie jednym halsem pojawiły się kaczki, chyba, lecąc pięknym kluczem tuż nad powierzchnią wody. Poniżej prezentuję zdjęcie tego oto klucza.


A to zdaje się tuż przed wpłynięciem do Mikołajek. W tym sezonie obowiązuje kolor turkusowy w garderobie i na pokładzie.



Po mile spędzonym czasie w Mikołajkach, zakupach, lodach, toalecie za 1 PLN i prysznicu za 6 PLN w detalu i wieczornym koncercie wyruszyliśmy do Karwika na rodzinny obiad. To menu poniżej to z Galindii, nie z Karwika. Ja zamówiłam jakąś breję, co miało oznaczać przepyszną zupę pomidorową - w rzeczy samej była wyśmienita.




I jeszcze taki widoczek na zakończenie tego radosnego wpisu.

Pozdrawiam Was.

Maja